wtorek, 11 września 2012

NieBieszczady

Wiecie, że już zapomniałem jak wysokie góry wyglądają?
Dobrze, że trafiło się firmowe spotkanie w Zakopanem.
Fajne miejsce. Miła atmosfera. Znajome twarze. I super atrakcje! 
Wypad w Tatry pod opieką ratowników TOPR. 
Musiałem zrezygnować ze zdobycia Mnicha i zjazdu po linie nad przepaścią...nie bylem nań przygotowany. Wybrałem długą wycieczkę z Kuźnic do Murowańca przez Kozi Wierch do doliny Pięciu Stawów i dalej do Palenicy.
10 godzin marszu półbutach ;-)  (bo moje obuwie Wisłoku zostało). Nie stworzone do górskich eskapad nie wytrzymało trudów. Już w hotelu po powrocie zorientowałem się, że but lewy na pół pękł a obcas swoim życiem żyje...ale straty jakieś muszę być! Kilka widoczków poniżej...  

Czarny Staw Gąsienicowy.


 Kozia przełęcz.
 Dolina pięciu stawów z Koziej przełęczy.


Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów po remoncie...nowy gont wygląda z daleka nieźle. Bliżej traci na uroku. Maszynowo rżnięty w równiutkie deski już krzywi i wichruje się gdzie nie gdzie...

Bardzo miło spędziłem weekend. Dobrze jest oderwać się od rzeczywistości...a już "Jesień idzie...nie ma na to rady"

środa, 22 sierpnia 2012

O czarownicach :-)

A było ich 11!
Dwie takie młode "czarownice" (dwie z dziewięciu + dwa nieloty)...tuż przed odlotem z dachu złapano w obiektywie aparatu.



Jedna wystartowała z polowego lądowiska...


Pantofelki zgubiła. Może to księżniczka była? Nie zdążyłem się przyjrzeć ;-)
Innej zaś w czernidle moczyć się  zachciało...


A ja sobie tak siedziałem i patrzyłem...kędy One latają



Pewnikiem psoty jakoweś sąsiadom czyniły....

Pozdrowieniem od gonciarza dla Poznańskich gości :-)


wtorek, 14 sierpnia 2012

Pechowy dzień

Otwieram oczy, włączam nasłuch...leje! 
Tak się zaczęła sobota. 
Dzień wcześniej w dachu wyciąłem otwór na kolejne okno...na noc zabezpieczone folią ale i tak wody się polało wiadro.
Jak tu deski przybijać? Około południa nie wytrzymałem i ubrany bojowo wyszedłem na dach...kapuśniak w ciągu godziny przemoczył mi ubranie...przerwa na ciepłą herbatę i zmianę ubrań i heja...na dach.
Rozpadało się na dobre popołudniem...odpuściłem. 


Tak zupełnie przypadkiem zaszedłem na strych sprawdzić temperaturę ciepłej wody w bojlerze... a tu woda kap, kap...z przyłącza do bojlera. Chciałem tylko dociągnąć śrubunek...trysnęło gorącą wodą. 
Błyskawiczna akcja: zakręcanie zaworów, wyłączanie pompy, spuszczanie wody. Wszystko w biegu. 
Obejrzałem rozkręcone złącze. Pęknięte na gwincie...i skąd tu wziąć śrubunek kątowy 1" na takim odludziu w sobotę wieczorem? Tak po ludzku zostawić gości w chacie bez wody nie chciałem... do Krosna w godzinę dojechałem i na dzwonek przed zamknięciem zdążyłem. 
Ważne, że co potrzeba kupiłem i o 23 wodę włączyłem! 
W tym wszystkim biegając po drabinach w pewnym momencie uderzyłem stopą i najmniejszym palcem w betoniarkę. Zatańczyłem pirueta. Usiadłem i czekałem aż palec zsinieje...rusza się więc nie złamany.  
To tyle dobrych wiadomości ;-)

Olcha pocięta. Zostało kilka metrów Buka z zeszłego roku...a kto potnie dalszych 10 w metrach złożonych przed domem?



poniedziałek, 23 lipca 2012

Kolejna "Gwiazdka"

Pierwsza za to, że na głowę nie pada.
Jest gdzie się położyć i zwierzaki w nocy po głowie nie biegają...no nie licząc tych oswojonych - myszy ;-))
Druga, za prąd i wodę. 
Nie trzeba biegać do studni. Kręcić dynamem by gazetę poczytać...chyba, że dla sportu.
Trzecia, bo odkręcam kran i leci ciepła woda! 
Zamontowałem w końcu grzałkę w zbiorniku. Już nie trzeba łupać drzewa, podniecać ognia...chociaż lubię podniecać. Cóż kiedy samo się robi. Godzina dziennie zajęć mniej. I mniej o 10zł w portfelu...czas na zmianę taryfy z elektrowni.

W sumie to posiadam już trzy gwiazdki. Oczywiście sam je sobie nadałem ale na każdą z nich zasłużyłem! (moja samoocena sięga sufitu ale tylko dzisiaj :-)! )

Na gwiazdkę (taką z nieba) zasługuje też Małgosia (to już druga polonistka o tym imieniu, którą znam) bo naszkicowała na szybko moją chatę...

Uczyła Julę rysować krzaczki a wyszła Chata nad Wisłokiem. Dziękuje.
Osobiście to moja wielka tragedia. Znów polonistka pod moim dachem. Trauma z dzieciństwa. Chory byłem jak musiałem na polski wędrować...i vice versa.  Polonistka była chora jak mnie widziała.
W pamięci mi zapadło jedno dyktando. 24 oceny negatywne i tylko jedna pozytywna. Pamiętam jak moja kadra nauczycielska rzuciła zeszytami i wściekle zakomunikowała wyniki dodając przy tym:  "i to (ta jedyna pozytywna) na dodatek Sztukowskiego!"
Nigdy jakoś szczęścia do nauczycielek nie miałem...taki ze mnie mały drań!
 

poniedziałek, 16 lipca 2012

Bitwa o Dom...

W sobotę połknąłem jednym tchem "Folwark Zwierzęcy"... tamże znalazłem tytuł do bloga... była tam Bitwa pod Oborą, była Bitwa pod Wiatrakiem.... a w niedzielę stoczyłem Bitwę o Dom!
Całkiem przypadkiem zresztą.
Zachciało mi się w niedziele wieczorem krótszą drogą wnieść do Chaty gonty...w tym celu otworzyłem podwójne drzwi do Boiska - od stycznia nie otwierane. Ciężko coś mi szło. Szarpnąłem. Otworzyłem. Drzwi ustąpiły a gniazdo wściekłych Os zostało rozerwane.
Dokumentacja skromna.Wybaczcie. Mam tylko jedno zdjęcie...nie było czasu na jej właściwe przygotowanie.


Za radą sąsiada zaopatrzony w worek na śmieci, rękawiczki i nóż przystawiłem krótką drabinę do ściany...zamierzałem zerwać gniazdo do wora i rzucić w trawę gdzieś za drogą...pomysł miał wady ale wydawał się być wykonalny.
Stanąłem na drabinie. Ledwie rękę wyciągnąłem w kierunku gniazda kiedy z flanki zostałem zaatakowany przez zbrojny oddział żołnierzy-os...dostałem w skroń! W skutek odniesionej rany spadłem z drabiny...potoczyłem się po trawie i wciąż opędzając się od atakujących wściekle owadów uciekłem daleko...poza zasięg bojówek wroga.
Przegrupowałem siły. Skoczyłem po odsiecz do sąsiada-pszczelarza. Dotąd przekonany byłem, że do czynienia mam z pszczołami...ten wyprowadził mnie z błędu. Bez trudu w kilka minut ledwie z użyciem benzyny (ale bez ognia) rozprawił się z wrogiem...chwała mu za to.
Oczywiście szerokie audytorium w osobach: Mamy, Dusi, Pauliny i dwóch Małgosi z lekkim rozbawieniem przyglądało się z bezpiecznej odległości moim zmaganiom...z pomocą się nie kwapiły choć moje rany cebulą natychmiast opatrzyły.
Okazuje się, że jeszcze jedno gniazdo mam w ścianie szczytowej....muszę dokonać jego ex-terminacji, bo mnie pogryzą jak im gonty na głowach będą przybijać...



poniedziałek, 2 lipca 2012

Prowadzi mnie los...

Zaczynam w to wierzyć.
Pamiętam pierwszę pracę, pierwsze kłopoty. Kolejną i następne schody...
Pamiętam zakup chałupy. Równo trzy lata temu. Jeden wielki zbieg okoliczności potem kolejne.  Remont wygląda tak samo. Nic się w przyrodzie nie dzieje bez przyczyny.
Zawsze jednak jakoś z opresji wychodziłem. Jakoś dziwnie tak udawało się odmienić los na lepsze.
Wszystkiemu winne są Zmiany. Chcemy czy nie i tak nadejdą. Od nas zależy czy je właściwie wykorzystamy.  I teraz nadchodzą. Czuję to...

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Dziennik gonciarza.

Chyba taki tytuł powinien mieć ten blog. Każdy wpis podobny byłby do siebie a zaczynał by się od:
Dziś przybiłem 820 gontów!
Dziś przybiłem 950 gontów!
Copy-paste i gotowe.
Pod dzisiejszą datą wpisałbym bym:
Przybiłem kolejne 850 gontów i wstawiłem kolejne okno w dachu. Na dowód zamieszczam zdjęcie.



A żeby nie było, że samo się zrobiło dodam jeszcze jedno "na robocie":


Za to Mój Pokój nad główną Izbą i Sienią wygląd zupełnie inaczej w świetlne dziennym.


Tymczasowo służy jako skład budowlany. Ale w porównaniu do czasów kiedy słońce tu nie docierało...pamiętacie to zdjęcie przy lampie? Niebo do ziemi.

Ostatnie okno od drogi dopiero teraz nabrało niebieskiego koloru. Zwyczajnie nie było kiedy o nie zadbać... Za to pomalowało się "samo"  :)


a wygląda się przez nie jak dawniej. Na zieloną łąkę.


Niestety poza oknem od drogi nic się nie zmieniło. Można by rzec na froncie bez zmian!


Dlatego dla podwyższenia morale kupiłem sobie koszyk. Taki zwykły. Wiklinowy.
Takie proste i takie tanie a cieszy...


środa, 13 czerwca 2012

Jestem ciężko chory!


Objawy: brak słońca, woda z nieba, obrzydzenie na myśl o wejściu na dach.
Diagnoza: gontowstręt.
Ciężka choroba.
Chyba znalazłem lekarstwo...
Prace pod dachem przy drzwiach do łazienki.
Uchwyt ze starego kutego gwoździa.


Drewniany skobel. Klamką ze starego haka, który wbity na studni czekał na lepsze miejsce.


Zaolejowane stare dechy z dachu.


Wyszły chyba nieźle całkiem....
Ściana w łazience także w ramach leczenia - oczyszczona. Czeka zaolejowania.
Jeszcze tylko napar z ziół, za oknem zerwanych, kiedy słonko na pół godziny ledwie wyjrzało.


I pomogło! 


Niewiele, ale dwa metry gontów doklepałem ;-)

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Praca, praca i deszcz!


Wciąż pada. Codziennie. Gdzie to słońce? Głowy z pod dachu wystawić nie można...a co dopiero komputera. Musiałem do Komańczy się wybrać, by z dobrodziejstwa sieci skorzystać. 
Do tartaku zjechały belki modrzewiowe. Porżnięte zostaną ułożone (kiedy, tego nie wiem...) w coś co będzie przypominało budynek gospodarczy jak ten ze skansenu sanockiego. Drzwi będzie mniej, bo i pomieszczeń  tyle nie trzeba. Wykuszu w dachu i przybudówki także nie planuję....



Pod dachem znajdzie się miejsce dla zmożonych włóczęgą turystów. A za drzwiami parteru kryć się będzie warsztat i ..... ? Tajemnica...


 

poniedziałek, 14 maja 2012

Jeszcze nie umarłem...

...ale ledwie żyję.
Prawa ręka przez dwa tygodnie młotek zwyczajna trzymać, tak już mi została...chyba klepać te gonty do zimy będę.
Za to mam już dwa okna w dachu i  światło słoneczne na poddaszu. A tyle zrobiliśmy:


i tyle jeszcze zostało:

Tylko z tej strony. Z drugiej nic oczywiście nie ruszone.
Przerażające!
Od ostatniego wpisu piwnicę odbudowano. Nie gotowa całkiem jeszcze...miałem nie pokazywać...


ale trzeba ją już "tylko" ziemią obsypać i trawę posadzić. Stare drzwi z framugą zaolejone wróciły na swoje miejsce.  Daszku jak dawniej jednak nie będzie. Szpecił raczej niż zdobił całość.

W środku podłogi z kamienia czekają "tylko" na wyczyszczenie. Choć ta w kuchni wymaga jeszcze kilku poprawek zaczyna wszystko nabierać wyglądu i użyteczności. Już nie muszę skakać przez podwaliny...


Tomasz, który ze mną na dachu pracował powiedział, "chłopie jeszcze na rok masz tej roboty"....ten to potrafi pocieszyć. Prawda?

Zapomniał bym dodać. "Tylko" 15 metrów drzewa na placu do porżnięcia i porąbania czeka...


Sielanka!


niedziela, 15 kwietnia 2012

Offroudowo

Choć w sumie to był ciężki i pracowity dzień. 
W przenośni i dosłownie. 
To Julka i tak bawiła się wybornie....chyba widać?





Wjechaliśmy gdzie się dało....czasem wody było tyle, że wysiąść się nie dało.
Taką pracę lubię. Przyjemne łączyć z pożytecznym.


wtorek, 3 kwietnia 2012

Miałem nie pisać...

...bo pewnie nikt nie zainteresuje się stertą kamieni, starymi deskami. Prawda?
Mało kto chwilę się nad tym zastanowi...
Sielanka - najprędzej pomyśli.
Przyzwyczaiłem się, ale wcale nie byłem lepszy kilka lat temu. Moim zachwytom nie było końca. Wszystko było takie piękne. Od zwykłej zielonej trawy po pięknie brązowiejące bale w słońcu....tak reagują przejezdni. To widać. Nawet samochody zwalniają na drodze przyglądając się chałupie.
Miałem tak samo...
A teraz.
Pół dnia poświęciłem z pomocnikami na pozyskanie kamienia...



...w warunkach skrajnie nie korzystnych. Deszczowo i zimno. Zawieja i śnieg. Przemokliśmy wszyscy.
To nie był najlepszy moment.
Wiem, ale ostatni przed chwilowym powrotem zimy. W niedziele całkiem już nastała...
W zamian, przed świętami jeszcze będę miał podłogę w Boisku. Taką normalną,ciepłą, po której chodzić w kapciach będę.
Chyba tej normalności mi po trzech latach brakuje...dlatego skrobię wytrwale szczotką drucianą stare deski. Drzwi z nich będą. Do łazienki.



Podobne będą zdobić jej ściany.
Takie rzeczy kosztują każdą moją chwilę wolną....daleko mi do normalności.
Wariat ze mnie.
Taki sam jak wielu innych...zwyczajnie sielanka.


poniedziałek, 26 marca 2012

Tylko jedno...

Dziś mam dla Was tylko jedno zdjęcie...nie trzeba powiększać...


Świeża dostawa. 3000szt. W sumie w domu leży już ich 6000.
Tak mi sie te gonty podobają, że oczu oderwać od nich nie mogę.
Moje myśli krążą już po dachu...w przenośni i dosłownie.
Pierwsze dwa tygodnie maja będę goncić część dachu z kominami, w której instalować będę okna dachowe i kolektory słoneczne.
To co prawda tylna część dachu. Nie widoczna z drogi ale niezmiernie ważna.
W pokojach zapanuje jasność a w systemie ogrzewania zostanie przywrócona (mam nadzieję) równowaga i nie będę musiał palić tyle drzewa...z pewnością energii słonecznej wystarczy do ogrzania wody użytkowej.

poniedziałek, 19 marca 2012

Jedna stokrotka wiosny nie czyni....


a może jednak? Śniegi topnieją. Strumień płynie po trawniku przy domu...w dół do Wisłoka...


Cieplutko i słonecznie. Pogoda nastraja optymistycznie.
W Sieni doprowadzona do użytku choć nie umyta całkiem jeszcze...


 
...podłoga z kamienia...ładnie zaczyna wyglądać....bale muszę doprowadzić do wyglądu. Siekierka w ruch pójdzie. Czymś muszę je zapuścić,  żeby nowe w starych zgubić...
W chyżówkowej łazience też zmiany zachodzą....zlew powiesiłem...i na tym skończyłem...bo reszta nie pasuje...a dobrze tak chciałem...turystyczną, prowizoryczną umywalnie urządzić tu plan miałem.



i ta ściana z belek...zakryć gipsem i kafelkami mi każą...czemu to tak?

poniedziałek, 5 marca 2012

Uuuu....mój jest ten kawałek podłogi...

Podłogi rzecz ważna. Miała być cegła a jest kamień.
I choć to tylko malutki kawałek sieni... nawet nie wykończony jeszcze.
To widać już jaki będzie piękny!


Jak mrozy puszczą i śniegi zejdą dokończymy...

Zamontowałem "system alarmowy". Ciemności egipskie rozświetlić musiałem. Od frontu lamka. Od tyłu dwa reflektory. Bezpieczniej się zrobiło...




 Czujniki ruchu załączają światło tylko na kilka minut i tylko kiedy ktoś do domu podchodzi.Wystarczy i spełni swoje zadanie.